Znajomości.
Lubię mieć dużo znajomych. Najlepiej w bardzo wielu dziedzinach. Zawsze można zwrócić się z prośbą o pomoc w naprawieniu samochodu, założeniu instalacji elektrycznej. Poprosić o koleżeńską poradę prawną czy lekarską. Ale mierzi mnie bezczelne kolesiostwo. Załatwiania po znajomości tylko po to żeby właśnie te znajomości wykorzystać. Załatwiania nie dla pomocy w trudnej sytuacji, ale załatwiania żeby być wyżej niż przeciętna osoba.
Zacząłem dzisiaj praktyki w niewielkim szpitalu w mojej miejscowości. Grzecznie poszedłem na oddział, poobserwowałem pracę pielęgniarek i lekarzy. Wykonywałem polecenia, mierzyłem ciśnienie, podłączałem kroplówki, woziłem pacjentów.
Kolega za to, jako syn lekarza z owego szpitala, po wszystkich oddziałach biega jak po łące i na wszystkie zabiegi się pcha. A większość lekarzy miło się do niego uśmiecha i pozwala mu hasać jak rusałeczka gdzie tylko mu się spodoba. A ja, pomykam po korytarzu oddziału i szukam osoby, której mógłbym się przydać.
Z drugiej strony nie muszę być gorszy. Też mogę wchodzić gdzie mi się podoba. Dzisiaj oddziałowa pyta mnie: "A pan to syn doktora co to u nas pracował?" A ja wzrok w podłogę; odpowiadam: "tak".
Bo wkurwia mnie gdy ktoś traktuje mnie inaczej gdy tylko dowie się jak mam na nazwisko. Nieważne czy traktuje mnie gorzej czy lepiej. Mam ochotę wrzasnąć: "Kurwa! Oceniajcie mnie a nie nazwisko!".
I wkurwia mnie gdy pielęgniarki mówią do mnie per "panie doktorze". Pewnie z sympatii, w końcu syn lekarza też na lekarza się kształcący. Ale o ile stare pacjentki wołają mnie "panie doktorze" to jeszcze zrozumiem. W końcu na czole nie mam napisanego, że jestem studentem. Ale pielęgniarki mogłyby sobie odpuścić. Bo na razie, według znanego na uczelniach medycznych schematu, jestem "panem Gównem" a nie "panem doktorem".