Ciach, ciach.
Zaopatrzony w zestaw małego inkwizytora, tj, skalpele, pensetę, wraz z trójką znajomych udaliśmy się do prosektorium w celu podrasowania preparatu kończyny dolnej. Ot, tutaj usunąć powięź, tutaj uwidocznić naczynia, tutaj pozbyć się skóry itp itd. Robota sympatyczna, chociaż żmudna i nie taka prosta jak by się to wydawało. Czasem ręka się omskła i skalpel poleciał za daleko, przecinając trochę za głęboko, ale tak czy siak szło nam całkiem nieźle. Po za tym niezła okazja, coby przypomnieć sobie anatomię kończyny dolnej. A i śmiechu kupa. Żarty, żarciochy studentów i pani doktor. Zabawa przy krojeniu i przy gadaniu jest przednia.
Dziwi mnie natomiast, dlaczego tylko nasza czwórka na całym roku zainteresowała się preparacją. Czyżby koledzy studenci nie mieli wewnętrznej potrzeby większego zagłębienia się w tajniki budowy ludzkiego ciała? A z resztą. Nie moja rzecz. Moja rzecz - moją robić rzecz.
Jeszcze bardziej mnie dziwi natomiast reakcja innych ludzi, w tym części mojej rodziny na informację że kroję ciało. Nawet co poniektórzy lekarze otwierali szeroko oczy ze zdziwienia na wieść że krs preparuje. Co w tym dziwnego, że jako student medycyny tnę ludzkie szczątki, w celu, tak, przyznam, głównie zabawy, ale i dokładniejszego poznania anatomii? Coś zdrożnego? Coś niesmacznego? Coś nieludzkiego?
Pamiętam moją nauczycielkę biologii z ogólniaka, która miała pewne mieszane uczucia czy oglądać słynną wystawę wypreparowanych zwłok metodą plastynacji przez Gunthera von Hugensa (jak to, ludzkie zwłoki na widoku?), czy też koleżankę z klasy, która w czasie gościnnego pobytu w prosektorium, mocno przeżywała widok ludzkich serc, nerek, mózgów, wątrób i innych organów. Nota bene, również studiuje dzisiaj medycynę ;)
Ja tam nie patrzę na zwłoki jak na człowieka. Ot, preparat i tyle.
Czas na wieczorny piątkowy odpoczynek przy kuflu chrzczonego studenckiego piwa w promocji.