Różnie, różniasto.
Sesja zaliczona, egzaminy popchnięte, ferie wykorzystane, niedobory alkoholu uzupełnione, kontakty towarzyskie odświeżone, zjazd na dupie po śniegu na kartonie zaliczony;)
Ulubiony przedmiot w trzecim semestrze? Zdecydowanie biofizyka, która wśród wielu osób na roku cieszyła się ogólną nienawiścią. Mi tam się podobała - w końcu jakiś przedmiot, gdzie było wymagane analityczne, a nie odtwórcze, myślenie. W końcu jakieś wzory i wykresiki, po których można było się zorientować o co chodzi. W końcu coś trzeba było policzyć, zauważyć, pomyśleć. W końcu abstrakcyjne teorie o elektromagnetyźmie, prądzie stałym, termodynamice, fizyce elementarnej ze szkoły się przydały. Już nigdy nie będę żałował ani jednej minuty spędzonej w ławce w pracowni fizycznej w ogólniaku ;)
Jest tylko jedna rzecz, która psuje mi humor. Ostry ból w klatce, który wymógł na mnie wizytę w POZ. Szybkie RTG, szybka diagnoza: pneumothorax dexter. Mam pokazać się na kontroli USG i RTG, po której lekarz stwierdzi czy należy się kłaść na oddział. Nie lubię leżeć w szpitalu. Nie lubię, mimo że nigdy nie leżałem ;)
Laboratorium z biochemii:
- Ok, drodzy państwo. Czy ktoś jeszcze ma probówkę do wirowania? Nie? No to włączamy maszynę. (Do mnie) Pan pozwoli, że sama to włączę.
- Oczywiście Pani Doktor. Ja tam inżynierem nie jestem.
- Ja też nie.
- No ale widzi Pani, ja to wykształcenie zaledwie średnie mam, a Pani wyższe.
- Ma pan rację, proszę mnie przepuścić do wirówki.
Guzik wciśnięty, czas wirowania ustawiony, maszyna zaczyna buczeć i mruczeć. Zadowolona Pani Doktor odsuwa się pod ścianę.
Nagle dzyń! Wirówka się wyłączyła. Otwieramy klapę, a tam... klapa. Frakcje nie odwirowały się. Rozglądamy się wokół, co się mogło stać.
- Wie pani Doktor, ja to wykształcenie zaledwie średnie mam, ale za moich czasów to trzeba było wpierw włożyć wtyczkę do gniazdka...
I wesoło macham końcówką kabla.
- No tak, bez prądu nie działa.
Koniec końców wyniki doświadczenia wyszły najdokładniej z całej grupy ;)