RSS
piątek, 13 lutego 2015
Bliżej końca, niźli dalej

Zgodnie z pięcioletnią tradycją, egzamin w sesji zimowej zdałem w pierwszym terminie, wobec czego mogłem delektować się tygodniem ferii zimowych. Zaliczenie semestru bez tyłów było dla mnie o tyle ważne, że perspektywa tygodniowego leżenia do góry brzuchem, z dobrą książką i napitkiem, prezentuje się zdecydowanie lepiej, niż wizja tygodniowego siedzenia z nosem w podręczniku i zmęczenia nauką już na początku nadchodzącego semestru.


Studia mi się już powoli kończą - bliżej końca, niźli dalej. Przebywając w domu, między jednym posiłkiem a drugim, pomiędzy akapitami książki, między kawą a herbatą, rozmyślałem na temat swojej przyszłości lekarskiej. Jako że pozostały mi jedynie trzy semestry względnie spokojnego życia, należałoby się zastanowić nad tym, gdzie odrabiać staż podyplomowy, gdzie robić specjalizację (i na jaką się w ogóle zdecydować!), gdzie szukać przyszłości. Czy szukać szczęścia w moim mieście akademickim? Może wracać w pielesze? A może wyjechać gdzieś zupełnie w inne miasto Polski? Gdzie szukać pracy, dziewczyny (albo żony), kota, taniego warzywniaka ze świeżymi ogóreczkami?


Eee, tam... Pomyślę o tym jutro.


Czas sesji akademickiej ma to do siebie, że dużo czasu przebywa się nad książkami. Co prawda, należało się pouczyć, ale sporo czasu poświęciłem czytaniu beletrystyki. I tak, ostatnio skończyłem czytać pozycję Aleksandra Sołżenicyna pod tytułem "Oddział chorych na raka". Przygłupi jestem z deczka, przez co nie do końca zrozumiałe (chociaż interesujące) były dla mnie rozmowy pacjentów, które interpretować należałoby w kontekście panującego, w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku w ZSRR, systemu totalitarnemu, skupiłem się za to na płaszczyźnie dosłownej czytanego przeze mnie tekstu. A akcja dzieje się na oddziale (czy w końcu "w" oddziale?) stacjonarnym leczenia nowotworów. Opis starych budynków, wieloosobowych sal, wielokulturowych pacjentów z różnych republik radzieckich i przede wszystkim personelu ochrony zdrowia, traktującego chorych niemalże z weterynaryjną bezosobowością. Leczenie lampami roentgenowskimi, siejącymi promieniowaniem silniej niż CzEA w osiemdziesiątym szóstym roku, radykalne zabiegi chirurgiczne, tajemnicze zastrzyki z sinestrolu, a przy tym całkowity brak informowania pacjenta o leczeniu, chorobie, rokowaniu. Pozycję polecam wszystkim zainteresowanym historią medycyny/Wschodem/Sołżenicynem. Bo warto.


Tymczasem nadszedł czas powrotów do miasta akademickiego. Czas wrócić do nauki i do czytania - zarówno beletrystyki jak i książek akademickich. 

poniedziałek, 05 stycznia 2015
Wydarzenia w Górnej Grupie

W 1952 roku do trójkondygnacyjnego XIX wiecznego klasztoru przybywają ciężarówki Milicji Obywatelskiej przywożące pacjentów psychiatrycznych aby ulokować ich w tym budynku który oficjalnie zaczął działać jako "Szpital Psychiatryczny w Górnej Grupie powiat Świecie". Na trzech kondygnacjach budynku, w wielkich salach podzielonych jedynie płytami pilśniowymi ulokowano pacjentów z zaburzeniami psychicznymi. W większości były to osoby samotne, opuszczone, w podeszłym wieku. I tacy pacjenci przewijali się przez ośrodek do końca jego istnienia.

W dniu 31 października 1980 roku, w wigilię Wszystkich Świętych, w szpitalu przebywało, wg różnych źródeł, od 300 do 400 pacjentów. Trzecie piętro, późny wieczór, na oddziale spokój, pacjenci śpią. Jedynie jeden z nich, nota bene piroman, przybiega do dyżurki pielęgniarskiej krzycząc coś o pożarze.

Jedna z pielęgniarek: "Dobra, dobra, koniec tych żartów."

To nie był żart.

Pielęgniarki wyczuwają dym. Podnoszą alarm. Jedna z nich naciska klamkę sali dla pacjentów. Jest gorąca a drzwi są zamknięte na klucz. Zza nich słychać tłoczących się i jęczących pacjentów.

Strych jest już cały w ogniu, nad budynkiem unosi się łuna pożaru która budzi okolicznych mieszkańców alarmujących wioskowy oddział OSP. Syrena strażacka z miejscowej remizy zaczyna wyć. Teraz już wszyscy wiedzą o pożarze.

"Ogień trawi zamknięte drzwi, kilkudziesięciu chorych z trzeciego piętra wydostaje się na korytarz. Biegną na dół. Piętro niżej kłębią się pacjenci z drugiej kondygnacji. Nie ma prądu, coraz trudniej oddychać, ludzie krzyczą, tratują się nawzajem, próbując uciec na dziedziniec." Pielęgniarka z pierwszego piętra słysząc niepokojące hałasy chwyta za latarkę i maszeruje na drugie piętro. Otwiera drzwi a z korytarza wydobywa się czarny dym rozświetlony jedynie, jak sama wspomina, żywą pochodnią - to jeden z pacjentów zajęty ogniem krzyczy w agonii.

Do szpitala dojeżdża straż pożarna. Czerpią wodę z okolicznego stawu. Niestety, szybko się kończy więc trzeba czekać na beczkowozy. Mimo tego nadal trwa ewakuacja pacjentów. Zza zakratowanych okien słychać krzyki tych, którzy zamknięci w salach nie mogą się uwolnić. Zapada się strop budynku.

W końcu jest woda - strażacy biorą się do gaszenia.

Po jeszcze ciepłych zgliszczach strażacy i personel dostają się do niektórych z sal. Pod drzwiami jednej z nich leży 26 zwęglonych ciał. Kilkoro z pacjentów spłonęło na łóżkach - byli unieruchomieni pasami bezpieczeństwa. Wszystko spalone i zawalone.

W sumie w pożarze ginie 52 chorych.

A na podstawie tej historii powstaje piosenka napisana przez Przemysława Gintrowskiego i Jacka Kaczmarskiego. Tutaj w wykonaniu Jacka Wójcickiego w filmie "Ostatni dzwonek".

czwartek, 23 października 2014
Dzień jak co dzień

Budzę się codziennie rano (w nocy) o godzinie szóstej. Wstaję, biorę prysznic. Jem śniadanie, przygotowuję sobie "butierbrody" na obiad w szpitalu. O siódmej jestem już na klatce schodowej; idę na przystanek aby po półgodzinnej jeździe tramwajem z przesiadką do autobusu znaleźć się w szpitalu. Schodzę do szatni, przebieram się w fartuszek, drewniaki; zakładam stetoskop na szyję. Do kieszeni chowam długopis, pióro, latareczkę i papierosy. Zazwyczaj zostaje mi jeszcze dziesięć - piętnaście minut do ósmej. Wyciągam z kieszeni portek drobniaki, ratuję się kawą z automatu. Na zajęcia staram się zachodzić punktualnie, szczególnie na kardiologię, gdzie każde, nawet sekundowe spóźnienie jest bardzo niemile widziane. Seminarium, przerwa na papierosa. Ćwiczenia przy łóżku chorego. Potem dłuższa przerwa. Wcinam kanapki, piję kawę, sztachnę się szlugiem i mam jeszcze chwilkę na odpoczynek. Potem kolejne ćwiczenia a bezpośrednio po nich seminarium. Boli mnie niestety to, że nie ma tam przerwy. Niechże by dali mi chociaż pięć minut, to może nie przysypiałbym pod koniec zajęć.

I tak, codziennie od ósmej do czternastej trzydzieści zajęcia. Bardzo podoba mi się to sztywne i w miarę logiczne ułożenie planu. Nie mam jakiś bezsensownych okienek, podczas których nigdy nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Niemniej, po tak intensywnym dniu jestem zazwyczaj zmęczony, że jedyne co robię po powrocie do domu to obiad i drzemka. A po południu nauka na kolejny dzień.

Chodzenie na uczelnię coraz bardziej przypomina mi chodzenie do szkoły. Albo do pracy. Czas się przyzwyczajać!

Chirurgia

Zajęcia zaczynam co dzień o godzinie ósmej. Ale nie tutaj. Nie na oddziale chirurgii ogólnej.

Przychodzę na zajęcia dziesięć po ósmej. Zazwyczaj wówczas trwa jeszcze odprawa w sali seminaryjnej. Po dziesięciu minutach wylewa się z niej fala chirurgów zmierzających na oddział celem obchodu. Siedzę w raz z grupą jak ten kołek i czekam. W końcu po kolejnym kwadransie lekarze wracają z obchodu do swoich zajęć. Dziesięć minut czekania aż pojawi się prowadzący. Wpuszcza nas do sali i oświadcza że wróci za piętnaście minut. Znowu czekanie. I tak, po godzinie zaczynamy seminarium aby słuchać opowieści absolutnie niezwiązanych z danym tematem ćwiczeń. A same ćwiczenia? Nie istnieją. Puszczają nas "do domu". Raz tylko widziałem pacjenta na oddziale, gdy dostałem polecenie zebrania wywiadu. Krótkiego, bo chirurgicznego. Ale nawet nie kazali nam go badać. Nawet nie pokazali innych pacjentów. Nie mówiąc już o tym że nie zaprosili nas na żaden zabieg ani tym bardziej na operację.

Rozumiem, gdy prowadzący spóźnia się kwadrans. Rozumiem, że jest zapracowany. Rozumiem, że ma dużo obowiązków. Ale do cholery, olewanie mnie przez godzinę jest już absolutnym brakiem szacunku do mnie - nie mnie jako studenta, ale mnie jako człowieka!

Chirurgia chirurgii nierówna. Zazwyczaj prowadzący się nie pojawiają, a gdy się pojawiają, zazwyczaj nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Choć niektórzy faktycznie starają się i pokazują co ciekawsze przypadki. Jednakże w ogólnym odczuciu mam wrażenie że chirurdzy, bardziej niż lekarze innych specjalności, mają w dupie studentów i zajęcia z nimi.

niedziela, 28 września 2014
Szpital Pluszowego Misia

W trakcie trwania moich studiów często szukałem jakiegoś zajęcia związanego z medycyną, które pozwoliłoby mi się trochę rozluźnić. Na szczęście Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny (IFMSA) często organizuje wszelakie akcje promocji zdrowia. Zaczynając od akcji pomiaru ciśnienia i cukru w galeriach handlowych, idąc przez podstawowe badania osób ubogich w ramach Przychodni Studenckiej kończąc chociażby właśnie na Szpitalu Pluszowego Misia. I ta ostatnia przypadła mi najbardziej do gustu. Sam nie wiem dlaczego - w końcu nie przepadam za dziećmi. Może po prostu dlatego, że umiem się z nimi mimo wszystko obchodzić? Niemniej, w kilku akcjach miałem przyjemność uczestniczyć.

Sama akcja ma na celu zapoznanie dzieci z tym jak wygląda proces diagnostyczno - leczniczy a przez to obniżenie ich lęku przed lekarzami i białym fartuchem. Dzieci wcielają się w rolę opiekuna chorego misia, którego my, studenci, badamy, diagnozujemy i leczymy.

W "gabinecie lekarskim" studenci wypełniają historię choroby misia, zbierają wywiad i razem z dziećmi badają pluszaka. Osobiście zawsze badam razem z dzieckiem zabawkę, pozwalam mu posłuchać serduszka za pomocą stetoskopu i zajrzeć misiowi do buzi przy pomocy szpatułki. Razem też oglądamy uszka i badamy brzuszek. Rzadko spotyka się sytuację aby dziecko było zbyt zestresowane żeby nie pomóc mi w badaniu przedmiotowym : ) Na koniec wypisuję misiową receptę na lekarstwa, co by pluszaka wyleczyć.

Dalszym etapem jest stolik w "gabinecie RTG" - tutaj kolorowe, kartonowe pudełko pełni rolę aparatu roentgenowskiego gdzie wykonuje się zdjęcia. A tak naprawdę wyciąga malunki misiowych zdjęć RTG na których zobaczyć można na przykład złamaną kość pluszaka.

Przedostatnim stanowiskiem jest "gabinet zabiegowy" gdzie ubrani na zielono studenci wykonują różne "dziwactwa" - a to trzeba zrobić zastrzyk, a to założyć plaster na bolące miejsce, a to trzeba zrobić opatrunek na nóżkę. Tutaj dzieci mają największą zabawę bo tutaj się w końcu coś konkretnego dzieje. A ja, gdy tylko odgórnie umieszczony jestem w tym gabinecie, zawsze wszelkie zabiegi wykonuję właśnie z dzieciakami. A co, niech same zobaczą na czym to wszystko polega.

Na końcu mamy "aptekę" gdzie realizowane są zlecenia dotyczące farmakoterapii misia. Dostaje syrop na kaszel, tabletkę na ból głowy lub inny specyfik, w zależności od pierwotnych dolegliwości misia.

Całą dokumentację dziecko dostaje na pamiątkę : )

 

I tak oto wygląda zabawa w "lekarzy" w Szpitalu Pluszowego Misia. Sam pamiętam gdy będąc małym smykiem leczyłem wszystkie moje zabawki - w końcu od zawsze chciałem być lekarzem i zawsze chciałem leczyć ludzi. Może stąd wziął się mój tak duży sentyment do właśnie tej akcji?

piątek, 26 września 2014
Dbaj o wygląd - ogól się!

Zazwyczaj chodzę rozczochrany. Rozczochraną mam i czuprynę, i brodę. Tak było i wtedy, gdy wychodząc na przerwę  w czasie zajęć z radiologii na papierosa przed budynek katedry zaczepił mnie jeden z pacjentów:

- E, Ty, Panie! Dzie tu sie idzie na radiologię?

- Panie, wchodzisz tu i idziesz na górę!

- Dobre, dzięki człowieku.

Natomiast gdy uczeszę te kłaki na głowie, gdy ogolę się w tak zwaną "hiszpankę", założę swoje wielkie okulary, dialog z pacjentami wygląda diametralnie inaczej, mianowicie:

- Najmocniej przepraszam Pana Doktora, czy Pan Doktor wie może jak dojdę na radiologię?

A ja, prostując dumnie pierś zaciągam się mocno papierosem. Po wypuszczeniu dymu mówię głębokim, pewnym, inteligenckim basem:

- Nie wiem.

Końcówka wakacji

Korzystam z ostatniego tygodnia wakacji przed nadchodzącym rokiem akademickim.

Co prawda nie odpoczywałem do oporu przez całe trzy miesiące, bo w lipcu praktykowałem w szpitalu a w sierpniu uczyłem się do poprawki z farmakologii, ale większą część września miałem tylko dla siebie. Może to i lepiej, że nie miałem całych wakacji na odpoczynek - ostatnio chleję tak często, że jeszcze tydzień i zostałbym alkoholikiem.

 

Egzamin poprawkowy z farmakologii, rozmowa przed odpowiedzią; taka na odprężenie. Ja, jak to ja, musiałem rzucić jakimś betonowym i suchym żartem:

Dr: Dzień dobry państwu, proszę się nie denerwować, nie spieszy się nam. Proszę się rozluźnić!

Ja: Ha, na rozluźnienie to najlepszy jest Pavulonik.

 

Niemniej, po odrobinie stresu, egzamin zdałem, pani dr podała mi dłoń w geście gratulacji; ja, w szarmanckim geście ją ucałowałem i z uśmiechem na ustach oddaliłem się z gabinetu. Nie tyle cieszyłem się zdanym egzaminem co tym, że nie zostałem oblany jak multum moich kolegów, i że W KOŃCU jestem na piątym roku wydziału lekarskiego. Czyli, zgodnie z med-studencką nomenklaturą nie jestem "gównem", nie jestem "studentem", ale jestem już "prawie doktorem".

Zawsze poprawiałem innych nazywających mnie "doktorze". Od dziś, będąc nieskromnym, nikogo już nie będę poprawiał : )

 

Jutro idę leczyć misie w ramach akcji "Szpital Pluszowego Misia". Postaram się napisać jakąś małą relację.

poniedziałek, 23 czerwca 2014
Rzeczywistość skrzeczy. Vol. 2 - w hospitalizacji nie ma nic przyjemnego.

Doświadczenia własne, z punktu widzenia pacjenta jak i pracownika służby zdrowia.

Leżenie w szpitalu do bólu podkreśla fizjologię człowieka. A nie ma nic bardziej obrzydliwego i degustującego niż fizjologia. No, ewentualnie patofizjologia. A hospitalizacja wiąże się z obdarciem pacjenta z jego intymności.

Leżę w szpitalnym łóżku na oddziale intensywnej terapii. Ciężkie, toporne, stalowe ramy pokryte odpadającą farbą olejną w nieśmiertelnym białym kolorze. Na przerdzewiałych sprężynach leży materac przeciwodleżynowy, na nim ja podpięty elektrodami do monitora EKG i mankietem ciśnieniomierza napełniającym się cyklicznie co piętnaście minut. Obok mnie plastikowa kaczka, kiedyś zapewne biała jak moje łóżko, obecnie pożółkła od czasu, moczu i środków dezynfekcyjnych. Nieco dalej zawieszone pod sufitem zielone zasłony parawanu, oddzielające mnie od innych pacjentów. Oddzielające tylko w teorii, bo będąc przykrótkie wszerz i niechlujnie zaciągnięte umożliwiają mi obserwację towarzyszy niedoli. I tak po mojej lewicy starszawa pacjentka, zacewnikowana, leżąca, mamrocząca, zabandażowana, w pampersie z sączącymi ranami nóg, podpięta do maski z tlenem, którego syczenie podczas jego przepływu zlokalizowałem jako ten nieznośny szmer, który nie pozwala mi w nocy zasnąć. Po mojej prawej stronie pacjent przywieziony na obserwację, przypięty pasami do łóżka. Bełkocze coś, chce kogoś nożem zabijać. Dostaje leki - jest spokój.

Pobudka o szóstej rano. Zmiana warty wśród personelu, raport a po nim dzienna zmiana pielęgniarek zaczyna wykonywać poranne zlecenia. Nie są to te seksowne, długonogie blondynki w fartuszkach, które z czułością i współczuciem zajmują się pacjentami w serialach pokroju "Grey's anatomy". Większość z nich to stare, grube i opryskliwe baby, które mimo nad wyraz odpychającego wyglądu i zachowania są najbardziej doświadczone w swojej pracy (i przez to przeze mnie, jako studenta medycyny, najbardziej szanowane). Dostaję kroplówkę, dostaję tabletki słysząc to nieśmiertelnie bezosobowe "POŁKNIE TABLETKI I NASIKA DO KACZKI!". Niezadowolona z niespełnienia drugiej części polecenia przychodzi do mnie z workiem i długą gumową rurką. Zrywa ze mnie kołdrę, nakazuje zdjąć dolną część piżamy. Bierze w pulchne dłonie mojego penisa i wkłada w niego gumowy cewnik. Czując pieczenie podczas drażnienia mojej cewki moczowej dziękuję Opatrzności że nie urodziłem się 150 lat temu, gdzie technika cewnikowania różniła się od współczesnej tylko tym, że rurka nie była z gumy tylko z zimnego, chromowanego metalu.

Pacjentce po lewej zmieniają pampersa, podcierają ją, myją wodą z ceramicznej miski. Zlewają mocz z cewnika do basenu, skrzętnie notując jego objętość. Oklepują pacjentkę, talkują, zmieniają jej pościel. Pacjent po prawej właśnie jest przewożony na inny oddział - ma pecha, bo właśnie przywożą śniadanie.

o, a w nocy przywieźli nową pacjentkę. Skąd wiem? Bo leży naprzeciwko mnie a jak wspomniałem szpitalny parawan nie spełnia funkcji zasłony prywatności. Jest nieprzytomna, naga, chociaż przykryta prześcieradłem. Podpięta jak każdy z nas do kardiomonitora, odróżnia się od nas jedynie rurką wychodzącą z ust prowadzącą do głośnej maszyny wydającej życiodajne PUFF! PUFF! - do respiratora.

Na kamionkowym talerzu dostaję kawałek parówki z łyżeczką keczupu, jednym jajkiem na miękko i dwiema nieco czerstwoma kromkami chleba. Po nocy mam sucho w ustach. Boję się zwilżyć je herbatą, gdyż dostałem jej jedynie trzy czwarte kubeczka (kamionkowego, a jakże!) a chleb i parówka wyglądają na wilgotniejsze jedynie niewiele bardziej od jedynej polskiej Pustyni Błędowskiej. Żuję kawałek parówki, chrząstki i inne odpady masarniane chrupią mi między zębami. Może to i lepiej, że nie mają smaku, inaczej pewnie bym tego nie przełknął. Smak pojawia się natomiast pod koniec posiłku, gdy czuję obrzydliwy odór szamba. Okazało się że reanimowany naprzeciwko pacjent zmarł a po zgonie nastąpiło rozluźnienie mięśni gładkich, co pozwoliło wypłynąć zawartości jego kiszek na szpitalną pościel. Oj, będą miały panie salowe co prać. Obrzydliwa parówa podchodzi mi do gardła, zbiera się na nudności. Smród, zaduch, wilgoć, zapach moczu, kału, wymiocin, domestosa. Parówka nie chce dać się strawić. Obrzydliwie wonne gazy wydobywające się spod mojej kołdry nakazują mi zwrócić się z prośbą do pielęgniarek o basen. Nie wiem czy bardziej śmierdzi moje gówno czy moje ciało, niemyte od trzech dni. Smród, odór, śmierć...

Rzeczywistość skrzeczy - w hospitalizacji nie ma nic przyjemnego. Nie ma w niej nic romantycznego. Stawia człowieka na najniższym szczeblu wszelakich hierarchii, sprowadzając go do poziomu niemalże rośliny. Obdziera go z jego godności, intymności i prywatności a to właśnie, a nie źle rozumiane przez społeczeństwo "służenie ludziom", wymusza na lekarzu i pielęgniarce empatię.

Rzeczywistość skrzeczy. Omijajcie szpitale z daleka. Tak będzie zdrowiej dla nas wszystkich.

niedziela, 22 czerwca 2014
Rzeczywistość skrzeczy. Vol. 1 - zajęcia kliniczne.
  • Budzisz się rano i z wypiekami na twarzy, pełen energii jedziesz komunikacją miejską do szpitala na zajęcia kliniczne.

Zapomnij - rzeczywistość skrzeczy. Budzisz się niewyspany, przestraszony niepewnością dotyczącą zajęć. Czy dzisiaj zapyta? Czy pytania będą trudne? Może znowu prowadzący wyrzuci nas z zajęć za nieznajomość byle pierdoły?

  • Dojeżdżasz do wielkiego szpitala klinicznego, nowowybudowanego, nowocześnie urządzonego, z rozsuwanymi drzwiami, automatami do kawy, bufetem, sklepikiem, salą wypoczynkową dla studentów, nowoczesną szatnią z łazienką wyłożoną glazurą i terakotą. Przebierasz się w swój piękny niebieski, chirurgiczny fartuch, zakładasz sportowe buty, stetoskop na szyję, bierzesz iPhone'a w dłoń i udajesz się na seminarium.

Zapomnij - rzeczywistość skrzeczy. Dojeżdżasz do odrapanego budynku pamiętającego czasy kanclerza Hindenburga, a w najlepszym przypadku młodego Gierka. Popychasz ciężkie, niedomykające się drzwi, by stanąć na odłażącym od podłogi linoleum między odrapanymi ścianami z odpryskującą lamperią w mdłym, żółtawym kolorze. Po obu stronach korytarza szeregiem stoją pacjenci, przypatrujący się na widok za oknem przysłoniętym starą, podartą firanką lub czytający przestarzałe gazety leżące luzem na stoliku z przyschniętą paprotką. Wraz z kolegami próbujesz zlokalizować szatnię studencką. Okazuje się nią być to małe i brudne pomieszczenie bez okien, które początkowo wziąłeś za schowek na szczotki. Tłok, ścisk, brak wieszaków. Zdejmując kurtkę trącasz łokciami kolegów studentów. Szybko zakładasz przeżarty przez mole fartuch, zakładasz na nogi crocki w obrzydliwie żarówkowym kolorze, stetoskop na szyję i szybko ewakuujesz się robiąc miejsce kolegom. Po za tym trzeba zrobić siku w tej toalecie bez klamek, z żeliwnymi rurami kanalizacyjnymi sterczącymi ze ścian i spłuczkami ze sznureczkiem wiszącymi dwa metry nad podłogą pokrytą szaroczarnymi popękanymi płytkami. No i może na szybko powtórzysz coś na seminarium i ćwiczenia - tylko na początek posegreguję papiery z notatkami...

  • Wchodzisz do jasnej i przestronnej sali seminaryjnej - mnóstwo krzeseł z opuszczanymi stoliczkami do notowania i trzymania kawy. Tablica multimedialna na której młody, przygotowany lekarz wyświetla interesującą prezentację, dzieląc się swoim doświadczeniem i dając cenne życiowe wskazówki.

Zapomnij - rzeczywistość skrzeczy. Wchodzisz do najciemniejszej biblioteki jaką kiedykolwiek widziałeś. Ściany podpierane przez meblościanki wypełnione stertą pożółkłych kartek i podręczników sprzed pięciu dekad. Chcesz posadzić tyłek? Walcz! Nie zawsze krzeseł jest tyle ilu studentów. Nie chcesz pisać na kolanie? Walcz mocniej! Miejsce przy stołach jest również ograniczone. Pamiętaj o tym żeby nie zasnąć - nudnawa prezentacja żywcem przepisana z podręcznika wygłaszana monotonnym tonem wybitnie znudzonego starszawego doktora, który ma dosyć gadania tego samego piąty raz w tygodniu. Z resztą doskonale zdaje sobie sprawę z tego że i tak nikt go nie słucha, bo każdy siedzi w swoich notatkach zgadując o jaką pierdołę może zapytać prowadzący. Albo śpią - w końcu seminarium zaczyna się o 7.45.

  • Po seminarium wchodzisz na nowoczesny oddział - jasne i przestronne korytarze, trzyosobowe sale z elektrycznymi łóżkami i telewizorami w rogu. Wszędzie uśmiechnięci pacjenci w świeżej pościeli zajadają się pachnącym śniadaniem. Wtem zjawia się Twój doktor prowadzący, który po krótkiej mowie wstępnej, wzbudzającej w Tobie chęć do służenia ludzkości jako lekarz, zabiera Cię do chorego, od którego musisz zebrać wywiad, zbadać go i zmienić bandaż/opatrunek. Cieszysz się z miłej rozmowy z pacjentem.

Zapomnij - rzeczywistość skrzeczy. Wchodzisz na odrapany oddział. W nozdrza uderza Cię kręcący zapach eteru i chloru. Zaczyna Cię dusić gorące i wilgotne powietrze przesycone odorem niemytego ciała, zjałczałego tłuszczu, moczu i kału. Pocisz się i dusisz, bo okna pozamykane. Podczas półgodzinnego czekania na prowadzącego obserwujesz salową roznoszącą posiłki chorym - herbata i zupa mleczna w kamionkowych naczyniach z napisem "PSS Społem". Sami chorzy leżący w wykrochmalonych pościelach w wieloosobowych salach. W nich oczywiście zaduch i zapach niemytych ciał. W końcu przychodzi Twój prowadzący. Zlewa Cię totalnie i nakazuje zebrać wywiad od pacjenta. Gdy do niego docierasz okazuje się że tego samego pacjenta w tym momencie bada dwudziestu innych studentów. Wracasz do doktora zebrać burę za niewywiązanie się z zadania. W końcu zaczyna Cię odpytywać z bieżącego tematu zajęć. Coś tam burczysz pod nosem, po czym zbierasz kolejną burę za nieuctwo, kretynizm i debilizm. Dostajesz polecenie zbadania kolejnego pacjenta. Ten jest dla Ciebie niemiły, arogancki, uważa Cię za dziecko a nie za "prawie lekarza". Próbujesz go zbadać, ale ten jest na tyle niekumaty lub zdemenciały, że nie rozumie najprostszego polecenia w stylu "proszę wstrzymać oddech". Wracasz do doktora, zdajesz relację. Dostajesz burę za niedokładne zbadanie. Dostajesz w ramach pracy domowej do nauczenia się całego podręcznika. Wychodzisz z zajęć zastanawiając się gdzie jest najbliższy wolny szafot...

 

Zapomnij o wszystkim co dotychczas widziałeś w telewizji. Życie to nie bajka, życie to nie film.

Rzeczywistość skrzeczy - a ja ten skrzek wam powtarzam.

środa, 23 kwietnia 2014
Poświąteczny tytuł

Od siedmiu lat, gdy przyjeżdżam do domu, zawsze biorę ze sobą książki do nauki. I te siedem lat doświadczenia nie nauczyły mnie, że jest to zupełnie bezsensowne, gdyż ani razu do nich nie zaglądałem. Wiadomo, dawno nie widziałem rodziców, kolegów, więc są ważniejsze rzeczy niż nauka.

No dobra, gdy w ogólniaku miałem do zrobienia jakieś zadania z fizyki, chemii lub matematyki to twardo je rozwiązywałem. Natomiast każda książka do "nauczenia się czegoś" jedynie zbierała kurz i nasiąkała zapachem świątecznych potraw.

Charakterystyczne dla czwartego roku jest to, że średnio co kilka tygodni zmienia mi się plan zajęć. Jedne przedmioty się kończą, inne zaczynają i trwają kilka tygodni; jeden blok z pediatrii lub interny się kończy, inny zaczyna. W przeciwieństwie do lat poprzednich, gdzie raz rozpisany plan obowiązywał przez cały semestr. Ma to swoje uroki, ale i wady. Akurat pechowo trafiło mi się, że sporo zajęć obowiązkowych będę miał pod koniec semestru, gdy będę musiał uczyć się do sesji.

Największą kobyłą na czwartym roku jest oczywiście farmakologia. Idzie mi ona jak po grudzie, jak woda pod górę, jak jazda na nartach - czyli nie idzie. Dlatego już dzisiaj szykuję się na egzamin poprawkowy we wrześniu.

Kolejną charakterystyczną cechą czwartego roku jest to, że praktycznie nie mamy już zajęć "teoretycznych". Większość czasu spędza się na klinikach i na zajęciach z pacjentami. O ile na trzecim roku mieliśmy swój pierwszy kontakt z chorymi, o tyle o czwartym mogę powiedzieć, że jest to już prawdziwa medycyna. Taka o której marzyłem.

Oglądając w czasie Świąt telewizję, zobaczyłem pewną postać, która przypomniała mi o łódzkiej aferze "łowców skór". I o tym, że kiedyś drążąc dogłębnie ten temat zrozumiałem w końcu o co tak naprawdę tam chodziło, jak to się wszystko zaczęło. Świeczki ciekawości w oczach mojej koleżanki, które zapaliły się gdy jej to wytłumaczyłem zmobilizowały mnie do przedstawienia tutaj tego ciekawego i smutnego tematu. Zatem:

W czasach słusznie minionego ustroju politycznego nie istniały instytucje prywatnych zakładów pogrzebowych. Natomiast na początku lat dziewięćdziesiątych, po upadku systemu komunistycznego, wiele osób, które dotychczas pracowały w pogotowiu ratunkowym zaczęło zakładać prywatne przedsiębiorstwa pogrzebowe. Rosnąca konkurencja na rynku funeralnym spowodowała, że właściciele owych firm zwracali się z prośbą do swoich kolegów którzy nadal pracowali w pogotowiu, aby dawali im cynk na temat zgonów, aby ci mogli szybko dotrzeć do rodziny i zaoferować jej swoją posługę. Odwdzięczali się oni załogom pogotowia drobnymi i okazyjnymi upominkami; wówczas towarami deficytowymi takimi jak dobra kawa, lepsza wódka, koniak, rajstopy, herbata. W miarę jak owe prezenty przestały cieszyć dyspozytorów pogotowia, zaczęli oni żądać pieniędzy. Początkowo były to drobne kwoty, które stale rosły. Machina powiązań i interesów zaczęła się nakręcać coraz bardziej. Kwoty za "skóry" (które to określenie stosunkowo szybko się pojawiło) zaczęły być coraz większe, czasami płacono ryczałtem za daną ilość "skór". Ostateczna kwota, według zeznań jednego z sanitariuszy uwikłanych w ten proceder, stanęła na wysokości ok. 1500 złotych. Nie wiadomo do ilu by dobyła, gdyby dziennikarze Gazety Wyborczej nie ujawnili afery. Dalsza część tej historii, przewód sądowy i wyroki są znane z mediów, dlatego nie będę ich tutaj przytaczał.

Cała ta historia budzi we mnie dwie refleksje. Mianowicie zauważyłem, że w sumie bardzo niewinny proces odwdzięczania się upominkami za koleżeńską przysługę, co jest bardzo miłe i świadczy o kulturze i wdzięczności, zabrnął w tak mroczne klimaty jak mordowanie pacjentów. Zacząłem się zastanawiać, w którym miejscu przekroczona została granica. Druga rzecz natomiast to to, jak nisko wycenione zostało ludzkie życie. Nie pamiętam już przy jakiej kwocie za "skórę" zaczęto wstrzykiwać pacjentom Pavulon, ale biorąc nawet pod uwagę inflację, to była to kwota niska, żeby nie powiedzieć śmieszna. Mimo że ilość sprzedawanych ciał dawała rocznie całkiem niezłą sumę.

A Ty? Za jaką kwotę sprzedałbyś skórę?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6